Masz już Briarda... właśnie przywiozłeś do domu małą kulkę, albo niewiele większego podrostka.
I co dalej z tym fantem robić?
Zamieścimy tu skróconą instrukcję obsługi, w wersji zbliżonej do tego, co sami w domu robimy.
Najpierw w punktach, potem rozwinięcie.
Niby wiadomo co to znaczy; każdy kogośtam/cośtam kiedyś kochał, więc mniej więcej pamiętasz o co chodzi. Teraz trzeba tylko zastosować jedno z praw Murphy'ego: pomnóż to przez dwa i do wyniku dopisz zero. I już wiesz w przybliżeniu, czego Twój Briard oczekuje od Ciebie i co w zamian oferuje. W skrócie: 30kg futra i miłości.
Miłość Briarda jest zupełnie bezwarunkowa, i nawet jeśli jesteś dość kiepskim Panem (jak np. ja), to i tak wart jesteś w jego ocenie każdej ilości pieszczot, lizania po uszach i innych wylewności; oczywiście z wzajemnością.
Plus do tego pełnia zainteresowania: nawet jeśli właśnie rozmawiasz z Bardzo Ważnym Kontrahentem, to przecież nie jest jeszcze powód, by w tym samym czasie nie wymiąchać swojego pupila, który właśnie wpakował Ci się na kolana, albo nie porzucać piłeczki, gryzaka, czegokolwiek.
To hasło obejmuje w zasadzie całe życie z Briardem; może z wyjątkiem godzin snu i jedzenia. Oczywiście godzin snu i jedzenia Briarda, bo to, że Ty akurat jesz czy śpisz nie stanowi dla Briarda powodu, żeby się troche z Tobą nie pobawić. Jesz? - na pewno dasz mi kawałek kanapki, jak Ci przyniosę piłeczkę? Śpisz? - a może dasz mi swój koc? Nie? - trudno, sam sobie wezmę...
Dobrze i długo wychowywany Briard po pewnym czasie zorientuje się, że gdy śpisz albo jesz, to nie ma zabawy, ale trochę to potrwa...
Poza tym każdy czas na zabawę jest dobry. Nie należy zapominać, że zabawa to podstawa; przy okazji zabawy z Tobą, znajomymi, nieznajomymi, dziećmi, znanymi i nieznanymi psami, kotami czy innym inwentarzem żywym Briard zdobywa bardzo ważną cechę: socjalizację. Nie ma to wiele wspólnego z socjalizmem; chodzi o umiejętność przyjaznego współżycia z otaczającym światem. Owo "przyjazne" bardzo się w przyszłości przyda, bo wyobraź sobie Twojego Briarda gdy dorośnie (masa i siła czołgu + zacisk szczęk rekina), a Ty zapomniałeś nauczyć go przyjaznego traktowania świata...
Zabawa to podstawowy element nauki i wychowania Briarda; w zabawie da mu się wpoić wszystkie potrzebne zachowania, plus parę niepotrzebnych.
Trzeba też zapewnić Briardowi odpowiednie narzędzia do zabawy: piłka, gryzak, na dworze gałąź (może być nawet całe drzewo). Im więcej tym lepiej; no i muszą być odpowiednich rozmiarów, tak, żeby nie dało się ich zjeść (a przynajmniej żeby nie dało się tego zrobić zbyt szybko).
Słyszałem też, że z zabawą można przesadzić. Ktoś mądry napisał, że jeśli poświęcasz swemu psu więcej niż 5 min w ciągu godziny, to Ci odbiło. Pewnie jest w tym trochę racji...
Są też granice dobrej zabawy. Jedną z nich jest gryzienie Pana w rękę. Nie wrzeszcz wtedy, bo niewiele to daje (a w szczególności - nie jest to żadna znana psu komenda, ani inny jednoznaczny komunikat), tylko natychmiast zajmij psa czymś innym, za co możesz dać mu nagrodę...
Inną granicę wyznacza bezpieczeństwo: nie można dopuścić, by Twój pies bawił się: igłą, noworodkiem, granatem, rozpędzoną ciężarówką, policjantem... z wiadomych przyczyn. Dlatego pierwsze, czego musisz go nauczyć, to przychodzenie natychmiast gdy go wołasz i zostawianie tego, co akurat bierze do pyska, gdy tylko usłyszy FE!
Co prawda polskie prawo zakazuje spuszczania psów ze smyczy w mieście, ale równocześnie nakazuje właścicielom zwierząt zapewnienie im odpowiednich warunków życia. Briard to owczarek, więc odpowiednia ilość ruchu jest jednym z owych "odpowiednich warunków". Musisz jakoś pogodzić przepisy i rozsądek.
Odpowiednia ilość ruchu to co najmniej godzina dziennie; i to nie godzina łażenia przy nodze, tylko biegania (V max = 360 km/h), skoków przez co się da, aportowania i co tylko jesteś w stanie wymyślić. Im więcej i im bardziej różnorodnie, tym lepiej. Sprawdź, czy w okolicy są jakieś dobre tereny na dłuższe spacery: łąki, wąwozy, las, stary poligon. A może są tam też kuropatwy? - to dopiero fajna zabawa...
Odpowiednio wybiegany Brie nie tyje, jest silny, zdrowy i zadowolony z życia. No i ma rozrośniętą klatę, co bardzo cenią sędziowie...
Niewybiegany Brie wygląda jak smutny ziemniak, a to nie jest wymarzony efekt naszych starań.
Trzeba tylko pamiętać, żeby nie przesadzić, bowiem szczeniakowi bardzo łatwo zaszkodzić nadmiarem ruchu i pozwalaniem mu na różne karkołomne akrobacje. Mniej więcej około 10 miesiąca życia kości i stawy naszego pupila są już na tyle wyrośnięte, że można zacząć mu pozwalać na wszystko; do tego momentu - raczej nie przesadzać i nie przemęczać, bo konsekwencje mogą być nieprzyjemne: zbyt wcześnie zatrzymany wzrost, nieproporcjonalna sylwetka...
Za to gdy Twój Brie już dorośnie, będziesz mógł z nim biegać do oporu. Wskazany rower. Albo Agility - to taki psi sport sprawnościowy, z torem przeszkód i różnymi fajnymi zabawami.
Uczyć zaczynasz swojego Briarda natychmiast po zaimportowaniu do domu. Zaczyna się zwykle od elementarza, czyli nauki czystości w domu. Na szczęście Brie to pojetne stfffforki, więc już po kilku wyniesieniach na dwór, gdy przymierzają się do siknięcia w domu, orientują się gdzie załatwiać potrzeby. Orientują się tym szybciej, że po każdym prawidłowym zachowaniu na dworze otrzymują NAGRODĘ! Zazwyczaj kawałek pysznej kiełbaski (bardzo malutki kawałek), albo cokolwiek innego co Twój pies lubi, a nie zaszkodzi mu to na żołądek...
I tak oto powstaje w umyśle szczeniaczka najważniejsze ze wszystkich szkoleniowych pojęć: PAN ZADOWOLONY = NAGRODA!
Gdy już szczeniak to zrozumie, to współpraca układa się zazwyczaj dość pomyślnie, a kolejne polecenia przyswajane są błyskawicznie.
Pamiętać trzeba o paru rzeczach:
- nikt jeszcze nie wychował Briarda za pomocą kar (więc nie licz na to, że Tobie się uda);
- krzyk niczego nie zmienia; przeciwnie, mów cicho i spokojnie - Briardy mają znakomity słuch; wrzask pozostaw sobie na naprawdę ekstremalne sytuacje;
- konsekwencja - to podstawa sukcesu; te same komendy i gesty zawsze muszą oznaczać to samo; skoro wczoraj nie wolno było zaglądać na stół, to dziś też nie można...
- fundusz nagród; to zazwyczaj niewielki woreczek, który zabierasz ze sobą na KAŻDY spacer; w naszym domu rolę woreczka pełni stary pokrowiec na komórkę; w nim uryte są wszystkie najulubieńsze briardzie smakołyki; oczywiście, gdy tylko wyjdziesz z domu, musisz poinformować o tym swego pupila, najlepiej wydając mu jakiekolwiek polecenie i natychmiast nagradzając;
- ćwicz z psem jak najczęściej, ale tylko po parę minut; gdy podrośnie - po paręnaście; nie może się znudzić; ma to być ciągle zabawa, a nie przymus;
- jest mnóstwo różnych ludzi, którzy popełnili już WMB (wszystkie możliwe błędy) ze swoimi psami; każdy z nich, gdy jego ilość błędów przekroczy wskaźnik 95%WMB otrzymuje zaszczytny tytuł hodowcy; dlatego pamiętaj o kontakcie z hodowcą swego psa - pomoże Ci to uniknąć znacznej części głupstw, które popełniały poprzednie pokolenia...
- jest mnóstwo mądrych książek, które warto przeczytać; staraj się tylko, by nie były napisane przed przybyciem Kolumba do Ameryki...
- tu masz link do jednej z moich ulubionych książek o szkoleniu metodami pozytywnymi: B. Waldoch
To kwestia bezsporna: Briarda trzeba czesać - i to od maleńkiego. Oczywiście gdy jest malutki, będzie to zajmowało 5 minut co drugi dzień, ale trzeba go do tej czynności przyzwyczajać, żeby nie było problemów gdy dorośnie. Najlepiej stawiać psa na stole; istnieją stoły dla zawodowców, jednak na początek wystarczy zwykły porządny blat kuchenny, byle niezbyt śliski.
No i potrzebne są narzędzia. Każdy hodowca poleca trochę inny zestaw. My używamy dość podstawowego, nie nadmiernie drogiego i nie możemy narzekać na efekty.
Po pierwsze: grzebień. Drewniana rączka, dość długie i niezbyt gęste zęby. Zaczynamy czesanie tym właśnie sprzętem. Od łap w górę, rozchylając sieść i przytrzymując to co powyżej, rozczesujemy całego psa. Jeśli trafi nam się jakiś kołtun czy choćby jego zaczątek - delikatnie rozczesujemy go pierwszym zębem grzebienia. Poważniejsze filce i skołtunienia lepiej usuwać szczotką na mokro, przy użyciu oliwki wzmieszanej z wodą.
Po drugie: szczotka. Bardzo potrzebny sprzęt, szczególnie jeśli chcemy się pozbyć nadmiaru podszerstka. Czesanie tak samo jak powyżej, tyle że każdą warstwę spryskujemy wcześniej wodą z oliwką. Podobno najlepsze grzebienie i szczotki produkują firmy Trixie i KW. My kupiliśmy swoje w sklepie zoologicznym, nie mają jakichś wspaniałych nazw, ale są niezbyt drogie i dobrze nam służą. Przy zakupie zwróć uwagę, by na końcach igieł nie było kuleczek; taka będzie wyrywała włos, zamiast go rozczesywać.
Po trzecie: szczotka z dzika. No może nie z całego dzika a konkretnie z jego szczeciny. Niby nic nadzwyczajnego. Używamy tuż przed wyjściem na ring. Kilkakrotne przeczesanie powoduje, że szata wspaniale błyszczy i pięknie się układa; nie elektryzuje przy tym włosa, więc nie fruwa on na wszystkie strony. Niektórzy znajomi w tym samym celu używają końskiego zgrzebła z igiełkami z mosiądzu.
Po czwarte: nożyczki.
WYRZUĆ MI TO NATYCHMIAST !!!
Albo zostaw, ale masz prawo ich użyć tylko do obcinania zbędnych włosków pomiędzy palcami i wokół łapek...

Po piąte: spryskiwacz. Zwykły sprzęt AGD. Jest w każdym domu. Jak wskazuje nazwa - służy do spryskiwania. Jak widać ten konkretny jest po jakimś łindołklinerze...
Po szóste: oliwka, olejek norkowy, szampony, odżywki i inne bajery... Jest tego zatrzęsienie. Gdy zajrzysz do Klubu Briarda, dowiesz się, które są polecane. Jest tylko jedno drobne "ale" - zazwyczaj trzeba wypróbować kilka różnych zestawów, żeby dobrać idealny dla Twojego psa. Wbrew pozorom Briardy nie są identyczne, a zmienność typów sierści jest całkiem spora. Pewną wskazówką może być rozmowa z hodowcą Twojego Brie i przyjrzenie się rodzicom. Jest szansa, że to co dobre dla nich będzie też dobre dla Twojego szczeniora...
To, co widzisz obok, to Hathi tuż po naoliwieniu. Zabawnie wygląda, ale gdy wyschnie i oliwka się wchłonie (to jakieś dwa-trzy dni) będzie wyglądała doskonale. Przy tym włos będzie bardziej elastyczny i mniej łamliwy. Czyli same zalety...
Jak to się robi: po wstępnym czesaniu do rozpylacza wlewamy wodę, a na nią jakieś pół centymetra oliwki. Rozgarniamy włosy na łapach i spryskujemy, cały czas wstrząsając rozpylaczem; potem mokrą sierść czeszemy szczotką. Odchylamy kolejną warstwę sierści i powtarzamy, powtarzamy, aż dojdziemy do grzbietu. Żaden filc nie przetrwa takiego czesania, a przy tym nie katujemy zwierza, bo tłusta i śliska oliwka bardzo ułatwia rozplątywanie kołtunków... Zabieg taki, robiony mniej więcej co dwa tygodnie, pozwala bez trudu utrzymywać psa w czystości, dzięki czemu unikamy zbyt częstego kąpania. Przy okazji psiur przynosi do domu znacznie mniej śniegu, a i rzepy wyciąga się łatwiej...
Same łapy dobrze jest w zimie natrzeć od spodu czystą oliwką lub nawet wazeliną, wtedy śnieg nie będzie tak bardzo właził między palce, co jest dość przykre, szczególnie gdy zapomnisz o wycięciu mu włosów pomiędzy poduszkami...
Może któregoś dnia wkleję tu zdjęcie miski, ale na pewno wiesz, jak ten sprzęt wygląda. Najlepsze - z nierdzewnej stali. Proste w czyszczeniu, no i nawet Briard nie jest w stanie roznieść ich na strzępy - co zdarza się z różnymi plastikami. Ważniejsze jest jednak to, co do tej michy sypniemy. Generalnie wychowujemy swoje psy na karmach Royal Canin Maxi, odpowiednio (choć zupełnie niezgodnie z zaleceniami producenta) dobranymi do wieku i masy psa.
Oczywiście do tego dodatki, prezenty, smakołyki, przekąski, whatever. Oczywiście nie frytki z keczupem, tylko marchew, jabłko czy inne warzywka i owoce; jak dotąd zauważyliśmy, że "nie wchodzi" tylko por i cebula...
Generalnie nie dajemy naszym psom "ludzkiego jadła", czyli pies nie dostaje resztek z pańskiego obiadku... szczególnie unikać trzeba dawania psu czegokolwiek, co wcześniej doprawiliśmy.
Od czasu do czasu do michy - razem z karmą - wędruje surowe jajko, trochę białego sera, obgotowanego mięsa; dość często - łyżka oliwy czy oleju.
Dodatki witaminowe? - ostrożnie i w minimalnych dawkach, żeby nie przesadzić, bo nadmiar witamin wcale nie jest zdrowy... choć różni producenci jakoś nie wspominają o tym w swoich ulotkach...
I jeszcze jeden drobiazg: nawet gdy Briard jest już dorosły, dajemy mu jeść w dwu porcjach: śniadanie i późny obiad. Nie należy przeciążać briardziego żołądka, bo - jak wszystkie duże psy - bywa on wtedy podatny na skręt żołądka. A wtedy masz tylko godzinę na wykonanie operacji chirurgicznej, która może go uratować. Lepiej zapobiegać, niż leczyć, szczególnie gdy mowa o takim leczeniu...
No i przez mniej więcej godzinę po posiłku pies powinien mieć święty spokój, żadnego biegania czy aportów; uzasadnienie - jak wyżej.
Gilotyna do pazurów. Jeśli nie wiesz jak używać, poproś kogoś - np. swojego veta - żeby Ci pokazał.
Zbyt głęboko obcięte pazury brzydko krwawią. Szczególnie często trzeba przycinać pazury na ostrogach - nie dotykają ziemi, więc i nie ścierają się przy bieganiu.
Warto nauczyć się cięcia pazurów samemu i robić jak najwięcej rzeczy przy swoim psie bez pomocy fachowców; nie jest to na szczęście zbyt trudne, a może się przydać na wakacjach w górach czy na wyprawach do lasu. Gdy się wybierasz w takie miejsca, koniecznie zajmij się pazurami PRZED wyprawą, a gilotynę weź do kieszeni na wszelki wypadek.
Jak się już na pewno domyślasz, kąpiemy nasze psy tak rzadko, jak się da. Regularne szczotkowanie i oliwienie pozwala zazwyczaj przetrwać całą zimę bez męczenia zwierza w brodziku. Gdy jednak nadejdzie sytuacja awaryjna, czyli wytarzanie się czy też jakiś nieprzyjemny zapach z futra - nie ma na co czekać.
Szampon (wcale nie koniecznie psi) to oczywistość; do tego KONIECZNIE odżywka do włosów. Koniecznie, bo po średniej jakości szamponie będziesz czesać psa przez godzinę i pozbawisz go połowy włosa; po dobrej jakości szamponie bez odżywki straty są zresztą podobne.
Używamy takich odżywek, które nakłada się na mokrego psa, tuż przed ostatnim płukaniem, czyli jeszcze w kąpieli.
Po dokładnym wypłukaniu psa wycieramy, pozwalamy się strząsać ile zechce, po czym okrywamy i zawijamy ręcznikiem frote. Jeśli wszystko dobrze zrobiliśmy to pies po kwadransie w ręczniku i kwadransie czesania i suszenia ma wolne. Jeśli zapomniałeś o odżywce - módl się i nie patrz na zegarek...
Definicja zdrówka mówi, że jest to social, physical and psychological well being; albo jakoś podobnie.
Trzymając się tej definicji, wszystko, co powyżej: socjalizacja, miłość, trening czy czesanie - służy zdrowiu naszego psa.
Dodamy zatem tylko kilka rzeczy:
-szczepienia - poprostu kup sobie Książeczkę Zdrowia Psa i pamiętaj o terminach;
-kleszcze - zmora potffffforna! - psa trzeba jak najczęściej oglądać i obmacywać; gdy już ma kleszcza, to nie bierz się za niego sam, chyba że umiesz; zabezpiecz psa którymś z dostępnych preparatów (u nas Frontline w kropelkach), i powtarzaj regularnie, dopóki nie spadnie śnieg... a na wiosnę od nowa...
-poproś veta, żeby pokazał Ci jak czyścić uszy i rób to regularnie;
-kontroluj też stan zębów.