start

Hathi

Baugi

Arwen

wystawy

szczeniaczki

legenda

pocokomu Briard?

o nas

instrukcja obsługi

krewni i znajomi królika

Gsięga Kości

o nas
czyli życie z Briardami

uprzejmie informujemy,
że jeśli naprawdę chcesz się o nas czegoś dowiedzieć
to musisz nas poznać osobiście...
ale parę słów o naszych briardzich przygodach napiszemy...



Jest nas całkiem spore stadko: ja (Sławek), moja pani i żona Iwona, no i córy: Agata i Kinga, na dokładkę dwa niezmiernie kolorowe i nawet częściowo udomowione Briardy, na dokładkę do dokładki jest jeszcze zmienna w czasie ilość zupełnie nieudomowionych szynszyli...

Zaraziliśmy się Briardomanią zupełnie przypadkowo, za pośrednictwem Vet-ki, która opiekowała się już wcześniej naszymi zwierzakami. Poszukiwaliśmy psa; nawet dość metodycznie. Miał być dużym owczarkiem, z przewidywalnym charakterem, sympatycznym podejściem do dzieci etc., etc., etc.... Nawet trudno sobie wyobrazić, ile dziwnych cech przyszłego psa jest w stanie wymyślić laik kompletny, jakim wówczas byłem...

Nawet doszliśmy do jakichś wniosków końcowych, wśród których pojawiły się Bouvier i Bobtail... co za naiwność!

Na szczęście człowiek przez całe życie gromadzi przyjaciół, ci zaś co jakiś czas okazują się przydatni. Tak było i tym razem. Gdy zadzwoniłem do naszej Vetki Iwony, ta od razu kazała mi przestać zawracać sobie głowę jakimiś cudami, bo pod nosem niemalże mam gotowe rozwiązanie: jest właśnie miot Briardów u Kasi.

I tak oto wsiadłem z żoną do samochodu i nie wiedząc jeszcze co oznacza słowo "Briard" pojechałem do bliżej nie znanej mi Kasi. Briarda zobaczyłem tuż po otwarciu drzwi; jak się potem dowiedziałem, była to Bien Batina, mamusia miotu. Nawet nie bardzo chciało mi się oglądać jeszcze te inne rasy. TO BYŁO TO!!! Żona co prawda zmusiła mnie, żebyśmy pojechali jeszcze przynajmniej obejrzeć Bobtaila, ale wróciliśmy bardzo szybko do Kasi i wyjechaliśmy z małą czarną kluską, nazwaną natychmiast po wzięciu w ręce Arwen.

Arwen rósł. Jak się wkrótce okazało, jest to podstawowa cecha Briarda - rośnie w imponującym tempie. Po każdym kolejnym miesiącu coraz wyraźniej uzmysławialiśmy sobie, że mamy w domu wspaniałą maszynę do poprawiania nastroju, równocześnie imponującego drapieżnika i wspaniałego przyjaciela... no i kogoś, na kim niezmiernie miło oko zawiesić... no i kupę futra do codziennego czesania...

A chwilę potem dostaliśmy skierowanie od Vetki: na wystawy! Pomyślałem w pierweszej chwili, że każdemu zdarza się zgłupieć, więc i naszej przyjaciółce mogło się to przydarzyć... Ale z drugiej strony pies z "dobrej rodziny", więc czemu - dla świętego spokoju - raz czy dwa go nie wystawić? No i pojechałem... do Jarosławia, bodajże... Zapakowałem Arwena, jego siostrę Nastkę, uroczą Kasię od której Briarda nabyłem, no i w drogę...

Opad śniegu był kolosalny, na prostej drodze trzeba było dokonać trudnego wyboru: czołowe, inne czołowe czy pobocze? Wybrałem pobocze; z samochodu została pogięta blacha, psy wyszły zdrowe, ja poobijany lecz cały, a Kasia skręciła nogę. Tak więc mamy teraz inny samochód - tym razem już dostosowany do przewozu dużej ilości Briardów...

Kasia jakoś nam wybaczyła, więc dalej jeździmy razem...

Po pewnym czasie doszliśmy z żoną do wniosku, ze skoro już tyle włożyliśmy w tego psa, to trzeba kontynuować... Następne wystawy obyły się już bez większych wpadek, sześć razy Arwen otrzymał doskonałe oceny... Znakomicie się przy tym uczył, coraz więcej poleceń wykonywał bezbłędnie - jak to Briard, inteligentna bestia...

Aż pewnego ranka, nawet nie pakując gryzaka i piłeczki, odszedł na zawsze. Dwa tygodnie płaczu i bicia głową w mur... Mam tylko nadzieję, że czeka na mnie gdzieś tam, po drugiej stronie Tęczowego Mostu...

No i została nam tylko - przybyła do nas trzy dni wcześniej - Hathi. Nie zdążyła się nabyć ze "starszym bratem", ale też widać było, że martwi się i tęskni razem z nami, a na spacerach szuka Jego śladów...
Ale wieczne smucenie się nie wchodzi w grę - życie płynie dalej.

Hathi jest ultra-pojętna; pokażesz i już wie o co chodzi. Czy zrobi o co prosisz to osobna kwestia, bo miewa swoje zdanie - ale to też ponoć cecha charakterystyczna Briardów. Jest już w zasadzie dorosła, choć miewa jeszcze szczeniakowate zagrywki, ale przestała nas już irytować bylejakim "przejściowym" kolorem futra, nabrała pięknego miedzianego odcienia, a że przy tym wspaniale się rusza i biega jak maszyna, to jej szanse wystawowe stopniowo rosną - mimo kłapciatych nieobciętych uszu...

Jak widzicie z tego krótkiego opisu naszego życia z Briardami, choroba na którą zapadliśmy (Briardomania Totalis) jest ciężka, nieuleczalna i stopniowo rozwija coraz poważniejsze objawy. Następnego "objawu" doznaliśmy w postaci Baugiego. Można by powiedzieć, że jak zwykle dostaliśmy w łapki małą czarną kuleczkę... ale prawda jest trochę inna. Po pierwsze poznaliśmy się z Baugim jeszcze w okresie prenatalnym, a nawet bardzo-bardzo wczesnym świtem pojechaliśmy z Kasią i jej suką do kliniki... i uczestniczyliśmy w porodzie. Po drugie Baugi nigdy nie był żadną małą kuleczką; od razu był sporą kulą, a teraz jest wielkim masywnym klocem. Zawsze podobały nam się duuuże briardy, no i wreszcie znowu takiego mamy...

Baugi jest troszkę inny od naszych pozostałych podopiecznych... jest jakby trochę bardziej... bardziej... walnięty?! ...chyba tak trzeba to nazwać. Wszystko robi trzy razy szybciej; może przez to nieco mniej dokładnie, więc czasem zawadzi o stół, czasem o drzewo... Świetnie dogadują się za to z Hathi i stanowią w zasadzie nieodłączną parę. Czasem nawet się zastanawiam czy ja jestem im jeszcze do czegoś potrzebny. No ale ktoś musi rzucić tego drąga, żeby było co przynosić, albo krzyknąć "hopa!!!", żeby na pewno było wiadomo, że przez mur czy ławkę się przeskakuje a nie łazi naokoło... No i komu spałoby sie na nodze... No i kto by czesał i napełniał michy... Czyli do czegośtam im się przydaję.
No i wygląda na to, że Baugi rośnie na maszynę do wygrywania wystaw; młodzieżowy championat zrobił wygrywając trzy razy z rzędu... czyli będzie z niego pociecha, a że niesie za sobą ciekawy genom i piękny rodowód, to może kiedyś nawet i potomków jakichś się dochowa... pożyjemy - zobaczymy... Ale na razie niech je i rośnie... i dobrze się bawi...

No i tak to w wielkim skrócie wygląda...
A jak się kiedyś spotkamy, to szerzej pogadamy...

Tymczasem,
życzymy wszystkim
życia z Briardami....

Sławek, Iwona, Agata, Kinga
& stado__________________________


ja też tu mieszkam !!! -  nazywam się Szilosław i jestem szynszylem !!!