start

Hathi

Baugi

Arwen

wystawy

szczeniaczki

legenda

pocokomu Briard?

o nas

instrukcja obsługi

krewni i znajomi królika

Gsięga Kości

Trochę legend i trochę kynologii

czyli skąd się wzięły Briardy

Jak w miarę zgodnie twierdzą kynologiczne autorytety, Briardy wzięły się niewiadomoskąd.
Wiadomo, że to owczarek i wiadomo, że z Francji; jednak już jego pochodzenie z Brie czy Szampanii nie jest już takie pewne. Nie da się też na pewno stwierdzić z jakich ras dawnych psów wychodowano Briarda. Spór na temat starożytności rasy trwa, ma się dobrze i nic nie wskazuje na to, aby kiedykolwiek wygasł.

I to tyle kynologii...

Nam jednak podoba się bardzo legenda o pochodzeniu Briardów, tylko z lekka potwierdzona kilkoma zabytkami, czyli kamieniem w lesie Bondy, rzeźbą głowy Briarda w XIV-wiecznej katedrze w Montidier w Pikardii czy malowidłem z tego samego okresu w zamku Montagris w Szampanii, które przedstawia tą właśnie legendę. Są też dokumenty, np. Kronika Alberica de Troisfontaines, wspominająca o Briardach trzymanych na dworze Karola Wielkiego...

Ale do rzeczy... było mniej więcej tak...

Za górami, za lasami, za siedmioma morzami, czyli dokładniej: we Francji, żył sobie szlachcic d'Aubrey de Montagris.

Ówże d'Aubrey był dość szczęśliwym człowiekiem, czego zewnętrznymi przejawami były: jego szlachectwo, własna winnica gdzieś w Szampanii, rodowy zamek de Montagris'ów, łaska Jego Królewskiej Mości Karola V, dodatnie saldo obrotów oraz fakt, że posiadał on znakomitego przyjaciela. Był nim - ni mniej, ni więcej - Brutus.
Nie, nie ten starożytny psychol, co to nożem kuchennym zabił Cezara, tylko PPBB (Piękny Płowy Briard Brutus).

Jednakże, jak każdy porządny rycerz, nasz d'Aubrey miał też i wroga. Był nim niejaki Macaire. Jego imię gdzieś się zapodziało; jednakże nie nadamy mu żadnego imienia na potrzeby tej opowieści, bo był niesympatyczny, brzydki, wredny, nieumyty, krzywonogi, pryszczaty, źle ubrany, zazdrosny i gra tu Czarny Charakter. No i cuchnęło mu z ust. No i nie miał Briarda, co już całkiem go dyskwalifikuje...
Albo inaczej; nadamy mu imię takie jak on sam, czyli niesympatyczne najogólniej rzecz biorąc. Ziegfrid będzie w sam raz.

Ziegfrid Macaire zazdrościł naszemu Panu d'Aubrey wszystkiego: pieniędzy, urody, kobiet, wysokiego wzrostu, dobrego gustu, starożytności rodu, wierzchowca z Andaluzji, zwycięstw w turniejach, biegłości w szermierce, ładnego herbu na tarczy, zasobnej piwniczki, sportowego Bugatti Veyron, damasceńskiej stali w pochwie, ciętego języka, zaś w szczególności owej najmniej wartościowej rzeczy: łaski Jego Królewskiej Mości Karola V.
Zazdrościł do tego stopnia, że dnia pewnego w roku pańskim 1371. w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach strzałem z kuszy zabił Pana d'Aubrey. Jako, że był niegodziwcem z krwi i kości, popełnił też kolejny występek: odmówił swej ofierze chrześcijańskiego pochówku i zakopał ciało w lesie. Konkretnie w lesie Bondy koło zamku rodu Montagris. Zadowolony z pozbycia się wroga Ziegfrid M. wrócił - jak gdyby nigdy nic - na dwór królewski.

Z tego krótkigo opisu zbrodni wysnuć możemy kolejną przykrą cechę zabójcy: Ziegfrid M. był przeraźliwie głupi. Liczył widać na to, że JKM Karol V nie zauważy zniknięcia swego ulubionego rycerza. Co prawda w owych czasach można by to w miarę łatwo wytłumaczyć, na przykład:
- "ruszył na pomoc pięknej Izoldzie, bo Tristan ostatnio trochę za dużo pije...", albo
- "szuka Świętego Graala...", albo
- "pojechał na krucjatę do Ziemi Świętej...", albo
- "pchnięto go szpadą w pojedynku, ale gdy tylko się wykuruje...", albo
- "cholera go wzięła..." - w owych czasach to się zdarzało, albo
- "popłynął do Ameryki z Kolumbem..." - no, to może trochę kiepskie, bo daty nie bardzo pasują, albo
- "popłynął do Ameryki..." - to na zasadzie, że jak już łgać, to z rozmachem, albo
... albo cokolwiek innego, byle było choć trochę prawdopodobne...

Niemniej jednak nawet wówczas rycerze w takich okolicznościach prosili o zgodę i błogosławieństwo swego szefa, czyli w tym wypadku Króla.
Nie wziął też wredny Ziegfrid pod uwagę faktu, że d'Aubrey miał paru dobrych przyjaciół, wśród nich zaś Brutusa. Brutus pierwszy zorientował się w sytuacji. W 7 minut i 32 sekundy i 16 setnych po powrocie Ziegfrida M. Brutus odnalazł prowizoryczny grób swego ukochanego Pana.
W przeciwieństwie jednak do wielu innych psów, które pogrążają się w smutku po stracie Pana, Brutus postanowił działać.

Do zamku nie było daleko, więc po kolejnych paru chwilach JKM Karol V, trzech Książąt wraz z dostojnymi małżonkami, dwu Baronów, Poseł Królestwa Hiszpanii, rycerze i damy dworu, Koniuszy Królewski, błazen, trzech biskupów, opat z Clichy wraz ze swoim sekretarzem i cały tłum sług królewskich pomniejszego formatu zobaczyło niezwykłe widowisko: przez główną bramę z prędkością zbliżoną do Concorda wpadł ogromny płowy pies, rozgonił na boki gawiedź, w przelocie z gracją skłonił łeb przed Jego Królewską Mością i dostojnikami, po czym - nie wiedzieć czemu - rzucił się do gardła Ziegfridowi M.
Paru rycerzy, którzy Brutusa dobrze znali jakimś cudem zdołało go od Ziegfrida M. odciągnąć.
Możemy przypuszczać, że któryś z nich powiedział:
-Przecież to pies d'Aubrey'a!
Na co inny:
-A gdzież to Pan d'Aubrey?

No i sprawa się rypła, wszyscy - od Króla po ostatniego ciurę - zorientowali się, że d'Aubrey de Montagris opuścił ziemski padół, zaś winny temu jest Ziegfrid M.
Popatrzywszy na M. z obrzydzeniem JKM Karol V zamyślil się. Konkretnie myślał nad tym, czy M. powinien być ścięty, czy wtrącić go do lochów na resztę marnego żywota, najlepiej oślepionego i z obciętymi dłońmi...

Tu jednak wystąpiły pewne komplikacje, których mądry skądinąd Król nie wziął wcześniej pod uwagę: oto przyjaciele d'Aubrey'a koniecznie chcieli zabić winowajcę, najlepiej od razu i w sposób możliwie najbardziej bolesny.
Sytuacja zatem była dość skomplikowana: z jednej strony Ziegfrid M., któremu - jako szlachcicowi - przysługiwały wszelkie prawa, z drugiej potrzeba sprawiedliwości i zemsty.
Z trzeciej i czwartej strony było zaś kilkunastu rycerzy, którzy już zdążyli posłać pachołków po micze i zbroje, a w oczekiwaniu na nie lżyli Ziegfrida M. nieprzystojnymi słowy, nie bacząc na obecność dam... No i z piątej strony - dla uzupełnienia obrazu - Brutus, który co prawda nikogo nie lżył, ale widać było nawet z daleka, że zaraz komuś spuści łomot...

Po krótkim namyśle i chwili rozmowy z biskupami i opatem z Clichy zapadla salomonowa decyzja. Król obwieścił ją mniej więcej w ten sposób:
- Odbędzie się Sąd Boży i dzięki Łasce Pana Naszego Jezusa Chrystusa przekonamy się, czy rację ma Pan Ziegfrid Macaire, deklarujący swą niewinność, czy też racja jest po stronie oskarżających go o śmierć przyjaciela rycerzy; jako że chętnych do zmierzenia się na udeptanej ziemi z oskarżonym jest zbyt wielu, zarządzamy mocą naszej królewskiej władzy, że do boju stanie najwierniejszy spośród przyjaciół Pana d'Aubrey...

Tu rycerze popatrzyli po sobie, jakby za pomocą tych spojrzeń dało się ustalić,
który to z nich jest owym najwierniejszym przyjacielem... Król zaś dokończył zdanie:
- ...Brutus !!!

Sekretarz opata, młody mnich Adso z Melku tak zapisał słowa Króla, i po dziś dzień owa notatka służbowa znajduje się w archiwach opactwa Clichy.

Dalszy ciąg historii nie jest trudny do przewidzenia: na wyspie Notre Dame na Sekwanie pobudowano arenę i dnia 16 lipca roku pańskiego 1371. w piękne słoneczne przedpołudnie odbył się jedyny znany w historii europejskiego rycerstwa pojedynek, w którym z jednej strony stanął człowiek w pełnej zbroi, z mieczem u pasa i maczugą w garści, zaś z drugiej - pies.
Kronikarze jakoś nie rozwodzą się nad opisem owego boju, z czego wnosić możemy, że nie był nadmiernie widowiskowy i na dodatek trwał bardzo krótko. Tłumacząc to na język współczesny: Macaire nie przetrwał pierwszej rundy, najprawdopodobniej nie zdążył nawet unieść broni...
Miejsce pochówku Macaire'a nie jest znane.
Znany jest za to upamiętniający wiernego psa kamień postawiony w lesie Bondy na rozkaz JKM Karola V i wiersz na nim wyryty:

Wy, śmiertelnicy, jesteście ślepi,
Gwałcąc najświętsze uczucia,
Gdy nawet nieme zwierzę was poucza
Aby być wdzięcznym.
Niechże więc nawet cień wasz drży ze strachu,
Gdyby was naszła chęć czynienia zła!

Skutkiem ubocznym opisanych wydarzeń była spora sława Brutusa. Żyło mu się nienajgorzej na królewskim dworze, miska była zawsze pełna, zaś dopełniona zemsta pozwoliła mu jakoś łatwiej znosić stratę zacnego Pana.
Przyjęło się też, że wszyscy mówili o nim "owczarek d'Aubrey'a" co w ichniej dziwnej mowie brzmiało mniej więcej "Berger d'Aubrey". Potem zaś mówiono tak o jego synach i córkach, których pozostawił całkiem liczne grono - bo i któż nie chciałby mieć w swym zamku potomka TAKIEGO psa...
Po pewnym czasie nazwa weszła do potocznego języka i trochę się skróciła, choć do dziś brzmi podobnie: Berger de Brie.

Wszyscy miłośnicy Briardów pamiętają, że gdzieś daleko w rodowodzie ich psów - tak daleko, że zazwyczaj trudno dostrzec bez okularów - widnieje imię "Brutus". Jednak przez szacunek dla nestora rodu mało kto nadaje to imię jakiejś małej ledwie owłosionej kuleczce...
Czasem jednak zdarza się, że odezwiemy się do naszego monstera: "No, przyjacielu, zachowałeś się dzisiaj jak sam Brutus". I zapewniam was - warto wtedy zobaczyć tą wypiętą pierś i błysk dumy w oku naszego ulubieńca...

.......................

I to tyle legend.
Wróćmy do rzeczywistości i sformułujmy wniosek końcowy:
Briard to najwspaniaszy pies na świecie. (c. n. d.)

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
fakty historyczne i ogólny zarys zdarzeń oraz wiersz zostały zaczerpnięte z książki "BRIARD" autorstwa Ewy D. Sobolty